Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/crumenam.ta-torba.elk.pl.txt): Failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server933059/ftp/paka.php on line 5

Warning: Undefined array key 1 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 13

Warning: Undefined array key 2 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 14

Warning: Undefined array key 3 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 15

Warning: Undefined array key 4 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 16

Warning: Undefined array key 5 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 17
- Nie i prosiłam Joann, by też nikomu nie mówiła.

Musiał zająć się Diazem sam. Nie było innego wyjścia. Problem

- Nie i prosiłam Joann, by też nikomu nie mówiła.

- Lubi cię... - Angie ucięła kłamstwo ostrym spojrzeniem. - Obie wiemy, że za mną nie przepada. To nic. Ale nie będę prosić, żeby mnie czesała. - Uważając na paznokcie, wstała i podeszła do toaletki. W lustrze dostrzegła spojrzenie Cassidy. - Wiem, że moje włosy to moja sprawa, ale czy mogłabyś zapleść mi warkocz. Francuski. Nie pomyślałam i najpierw pomalowałam paznokcie. Mam jechać do miasta z Felicity. - Nie wiem, czy umiem. - Proszę cię. Wiesz, że nie zawracałabym ci głowy, ale... Jesteś mi potrzebna. - Angie miała szeroko otwarte oczy. Cassidy przeszła przez biało-różowy pokój. Koronkowe zasłonki idealnie pasowały do baldachimu zabytkowego łoża. Narzutę z surowego jedwabiu w odcieniu zgaszonego różu zdobiły haftowane poduszki, które doskonale komponowały się z zasłonami. Na ścianie wisiał portret Angie z matką. Roczna dziewczynka siedziała na kolanach Lucretii. Miała czarne kręcone włosy i niebieskie oczy i była uroczym dzieckiem. A dwudziestokilkuletnia Lucretia była piękną kobietą. Miała takie same oczy i włosy jak Angie. Przez lata portret wisiał w gabinecie ojca, ale Dena zrobiła remont i wyrzuciła obraz. Wzięła go Angie i, mimo protestów Deny, powiesiła na widocznym miejscu w pokoju. Angie miała rację. Dena nie przepadała za przybraną córką, która była żywą kopią ukochanej pierwszej żony Reksa. W oszklonej szafce dumnie prezentowała się kolekcja lalek Angie. Od Charty Cathy i Betsy Wetsy do całej serii lalek Barbie. Angie miała wszystkie wyprodukowane do tej pory modele. Chińskie laleczki uśmiechały się ręcznie malowanym uśmiechem, a szmaciane przytulanki z plastykowymi głowami mrugały oczami. Były nawet lalki, które płakały i siusiały, zależnie od nastroju właścicielki. Ale Angie najbardziej lubiła Barbie. Stały dumnie na przedzie półki, ubrane w suknie balowe, kostiumy kąpielowe, stroje sportowe, sukienki wieczorowe i nieodłączne pantofle na szpilkach. Wielu kształtnym lalkom towarzyszyli plastykowi mężczyźni - Kenowie w smokingach, garniturach i ciuchach sportowych. Wszyscy się uśmiechali, bo byli doskonale przygotowani na swoją randkę marzeń. Cassidy rzuciła okiem na lalki z wydatnym biustem, szczupłą talią i długimi nogami. Nigdy nie cierpiała Barbie. Kena też nie. - Pośpiesz się. Nie ma czasu. - Angie odgarnęła włosy na plecy. - Nie lubię tego. - Wiem, ale najwyższy czas, żebyś zaczęła przykładać wagę do kobiecych spraw... - Jak te? - Cassidy spojrzała na lalki. - Mogłabyś się od nich wiele nauczyć. - Lepiej nie. - Zanurzyła palce w gęstych włosach Angie. - Nie wiem, czy potrafię to zrobić tak, jak byś chciała... - Wyobraź sobie, że jestem koniem i że czeszesz mi ogon. - Na twarzy Angie malowała się pogarda. - Wiesz, Cassidy, życie nie kręci się tylko wokół stajni. Byłabyś całkiem ładna, gdybyś choć trochę zadbała o siebie. Jeżeli chcesz, to ci pomogę. Pożyczę ci szminkę i lakier do paznokci. Mogę cię też uczesać. - Dziękuję, ale... - Nie chcesz, żeby chłopcy zwracali na ciebie uwagę? Tylko Brig. - Nie obchodzi mnie to. - Dziwna jesteś. - Chcesz, żebym cię uczesała, czy nie? - Jasne. - Angie była rozdrażniona. - Po to cię zawołałam. - To nie praw mi kazań. Jestem zadowolona z mojego wyglądu. - Niezupełnie było to zgodne z prawdą, ale Cassidy nie miała zamiaru upodabniać się do siostry ani do plastykowego tworu firmy Mattel. - W porządku - burknęła Angie i zagryzła dolną wargę. W jej oczach pojawił się tajemniczy cień rozpaczy, którego Cassidy starała się nie zauważać. - Próbowałam ci tylko pomóc, ale jak nie, to nie. Zabierz się do czesania. Cassidy zacisnęła zęby i wzięła do ręki grzebień. Zręcznie przebierała palcami i wkrótce na plecach Angie pojawił się lśniący czarny warkocz. Cassidy związała go na końcu gumką. - Już. Też się do ciebie zgłoszę po przysługę. - Po dwie. - Angie przechyliła głowę i dotknęła szczotką grzywki. - Jeżeli już o tym mowa, to dwie. Pomogłaś mi wczoraj wieczorem, pamiętasz? Cassidy ugryzła się w język. - Tak, racja - przytaknęła z poczuciem winy. - Naprawdę. Gdyby tata przyłapał mnie z Brigiem, obdarłby nas żywcem ze skóry.
człowieka, na którym przecież tak strasznie jej zależało? Oczywiście
- Przynajmniej tyle - odetchnęła z ulgą pani Edge. - Ale ja już
- Cassidy mówiła, że Brig szukał Angie - zauważył obojętnie Rex Buchanan. Od kilku dni niewiele go
Zastanawiała się, jak udał się wspólny wieczór True i Milli.
opowiadając o sobie samym. Był zdumiony, słysząc, jak Milla w
odskoczył na drugą stronę podjazdu i wylądował przy płocie. Brig poczuł krew, ale nic nie widział. - Gdzie ona jest? - rozpoznał głos Jeda Bakera. Walczył, żeby odzyskać świadomość. Zamroczony, spojrzał w górę. Stał nad nim Jed. Oświetlało go nikłe światło z okien baraku. Chłopak ciężko dyszał, a z jego twarzy biła nienawiść. Wrzeszczał na Briga. Jego zęby błyszczały w ciemności. W umięśnionej ręce trzymał kij baseballowy. - Gdzie jest Angie? - A co ci do tego? - Ty kundlu, mów! Gdzie ona jest? Brig próbował wstać, ale kręciło mu się w głowie. - Nie twoja sprawa. - Raczej nie twoja. Zostaw ją w spokoju. Słyszysz, koleś? - Jed mocniej ścisnął kij. Brig przewrócił się na bok. Dostał w ramię. Kij uderzył o ziemię. - Nie weźmiesz jej. Ona jest moja. - Może powinieneś jej o tym powiedzieć? - Brig skulił się, ale Jed walnął go z całej siły kijem w plecy. Poczuł ból wzdłuż kręgosłupa. Zahuczało mu w głowie. Upadł na kolana. Żwir przebił mu dżinsy. Jed roześmiał się i wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. - Trzymaj się od niej z daleka, synu indiańskiej dziwki. Brig zerwał się na równe nogi. Był wściekły. Splunął, zdrętwiałymi palcami chwycił koniec kija baseballowego i kopnął Jeda w krocze. Chłopak z jękiem upadł na ziemię. Brig wyszarpnął mu kij z ręki i zamachnął się. - Uważaj! Kij ze świstem uderzył Jeda w ramię. Chłopak wrzasnął jak skopany kot. Był ogłuszony. Następne uderzenie. Jed oberwał w żebra. Z kija poleciały drzazgi. Dał się słyszeć przeraźliwy jęk. - McKenzie, nie daruję ci tego! Brig nie przejął się pogróżkami Jeda. Uderzył go w nos. Chłopak skowycząc, upadł na ziemię. Zakrywał rękami usta i nos. Płakał jak niemowlę i błagał Briga, żeby przestał. Krew ciekła mu przez mięsiste palce, którymi ściskał nos. - Zasłużyłeś sobie, ty bezczelny sukinsynu! - Brig dyszał. Pot ciekł mu po twarzy. Zamachnął się kijem zza głowy. Chciał mu zamknąć gębę na zawsze. - Przestań! - W ciemności rozległ się głos Sunny. - Brig! Przestań natychmiast! Z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Brig zacisnął palce na śliskim drewnie. Jed zasłonił się i wybełkotał: - Nie możesz tego zrobić. Nie możesz. - Szlochał histerycznie. Miał mokre spodnie. Krew leciała mu z nosa i z ust. - Ty pieprzony łajdaku! Indiański skurwielu! Kij wyślizgnął się Brigowi z rąk. - Wynoś się stąd. - Zapłacisz mi za to! - Zjeżdżaj! Sunny zbiegła ze schodów i przyjrzała się obu chłopakom. Długie czarne włosy przyprószone siwizną opadały jej na ramiona. Skórzany płaszcz powiewał na wietrze. - Zadzwonię po pogotowie. - Nie! - Jed się poderwał. Mało nie upadł, ale jakoś utrzymał się na nogach. - Jesteś ranny. Obaj jesteście ranni. - Nie potrzebuję od ciebie pomocy, Indianko. Ani od żadnego szarlatańskiego lekarza. To pić na wodę - zadrwił. Jego oczy pociemniały. Kapały z nich łzy. - Doniosę o tym szeryfowi. Oskarżę cię, McKenzie. Nie możesz bezkarnie napadać ludzi. - Spróbuj tylko. - No spróbuj - rzuciła Sunny i zanim Jed zdążył zareagować, chwyciła go z całej siły za rękę. - Puszczaj! - Usiłował się wyrwać. W oczach Sunny pojawił się dziwny blask. - Dobrze. Idź i donieś władzom, a oni dojdą prawdy. O Brigu. O tobie. O Angie Buchanan... Ta krew... - otarła kroplę z jego brody - ...udowodni, że kłamiesz. Lekko drżał jej głos. Wysokim tonem zaczęła coś nucić, chyba w języku Indian Cherokee, ale Brig nie był pewien. Sunny zamknęła oczy i zaczęła się kołysać w rytm monotonnej litanii. Jed się wzdrygnął. Przewrócił oczami ze strachu. Gdy Sunny śpiewała, chłopak otrzeźwiał. - Puszczaj mnie, ty indiańska czarownico! - wrzasnął. Oczy niemal wyskoczyły mu z orbit. - Co ona wyprawia? - Nie wiem, ale to brzmi jak przekleństwo - odpowiedział Brig, nieźle się bawiąc. Mama kpiła sobie z Jeda. I bardzo mu dobrze, bo sobie na to zasłużył.
iż sama nie ma żadnej broni. Uliczki były tu wąskie i zapchane.
- Jak mogłaś? - spytała, a każde słowo ociekało bólem. - Jak
Tylko że te daty napisałam wspak. Widzisz? 13 grudnia 1992 roku to
- To nie pierwszy pożar, jaki zdarzył się w posiadłości pani ojca, prawda? - T. John wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. Żuł gumę w rytm swoich kroków po żółtym linoleum. - I jeśli dobrze pamiętam, po ostatnim wyjechała pani z miasta. Twierdząc, że nigdy pani nie wróci. Ciekawe, czemu zmieniła pani zdanie. Jasne, każdy ma do tego
kolejnego męża. Ojciec Diaza był trzecim z kolei. Właściwie nie był
dobrze się złożyło. Po kilku minutach ścieżka zrobiła się stroma i
195

– Sandy, a jak myślisz, co się stanie? Jak myślisz, dlaczego tak bardzo się boję?

mogą się nadziwić, jak zdolne jest nasze społeczeństwo.
budynku. Patrzył na nią z zaciekawieniem. Był bardzo podobny do osoby ze
człowiekowi, którego lubi. Wykorzystać można raczej negatywne uczucia, grać na
Przytaknęła, marszcząc brwi i ze wszystkich sił próbując się skoncentrować.
o nagrodzie i karze. Biorąc pod uwagę to, czego dokonałaś, chyba masz jakieś
Podobno rozmawiał z kimś o pseudonimie No Lava. Kto to jest? I po co kontaktował się z
- Czy jest prawdą, że dwa tygodnie temu w Nowym Jorku kupił pan
Wyłowienie potencjalnych sprawców nie było jednak takie proste.
wyglądała na młodszą, bardziej bezbronną. Wpatrywała się w obrys ciała Melissy Avalon.
Po pierwsze, widziałeś go w Filadelfii i przyznasz, że nawet nie jest
- Rainie... - Wydawało się, że chce powiedzieć coś więcej. Przez chwilę
Teraz powiedz, dlaczego akurat tej nocy pojechałeś do swojej byłej żony!
Rainie zwróciła uwagę na wyraźnie nordyckie rysy tej rodziny. Oboje Bensenowie szli
– Nowy pies – wymamrotał. – Moja żona... ma na jego punkcie zupełnego bzika. Wiecie,
dom.

©2019 crumenam.ta-torba.elk.pl - Split Template by One Page Love